Tam gdzie wszystko się zaczęło

Przechodziłam ostatnio znajomą ścieżką. Wydeptaną przeze mnie w 2010 roku od (nie)pewnego majowego poranka do sierpniowego popołudnia. 225 godzin psychoterapii indywidualnej i grupowej- kupa czasu. I to wszystko na NFZ. Czuję, że wiele ważnego się tam dla mnie wydarzyło, wiele dostałam i doświadczyłam. Zawsze więc zerkam w stronę ulicy Lenartowicza, kiedy niedaleko przejeżdżam, bo to miejsce mnie jakoś woła.

𝑃𝑎𝑐𝑗𝑒𝑛𝑡𝑘𝑎 𝑧𝑔ł𝑜𝑠𝑖ł𝑎 𝑠𝑖𝑒̨ 𝑑𝑜 𝑡𝑢𝑡𝑒𝑗𝑠𝑧𝑒𝑔𝑜 𝑜𝑠́𝑟𝑜𝑑𝑘𝑎 𝑧 𝑝𝑜𝑤𝑜𝑑𝑢 𝑜𝑏𝑗𝑎𝑤𝑜́𝑤 𝑜𝑏𝑛𝑖𝑧̇𝑜𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑛𝑎𝑠𝑡𝑟𝑜𝑗𝑢, 𝑧𝑎𝑏𝑢𝑟𝑧𝑒𝑛́ 𝑠𝑛𝑢, 𝑠𝑡𝑎𝑛𝑜́𝑤 𝑙𝑒̨𝑘𝑢 𝑖 𝑎𝑝𝑎𝑡𝑖𝑖. 𝑂𝑏𝑒𝑐𝑛𝑒 𝑏𝑦ł𝑦 𝑟𝑜́𝑤𝑛𝑖𝑒𝑧̇ 𝑡𝑟𝑢𝑑𝑛𝑜𝑠́𝑐𝑖 𝑤 𝑏𝑢𝑑𝑜𝑤𝑎𝑛𝑖𝑢 𝑏𝑙𝑖𝑠𝑘𝑖𝑐ℎ 𝑠𝑎𝑡𝑦𝑠𝑓𝑎𝑘𝑐𝑗𝑜𝑛𝑢𝑗𝑎̨𝑐𝑦𝑐ℎ 𝑟𝑒𝑙𝑎𝑐𝑗𝑖. (…) 𝑊𝑦𝑛𝑖𝑘𝑖𝑒𝑚 𝑑𝑜𝑡𝑦𝑐ℎ𝑐𝑧𝑎𝑠𝑜𝑤𝑒𝑗 𝑝𝑟𝑎𝑐𝑦 𝑗𝑒𝑠𝑡 𝑤𝑔𝑙𝑎̨𝑑 𝑤 𝑝𝑜𝑑ł𝑜𝑧̇𝑒 𝑜𝑏𝑗𝑎𝑤𝑜́𝑤, 𝑐𝑜 𝑧𝑎𝑜𝑤𝑜𝑐𝑜𝑤𝑎ł𝑜 𝑖𝑐ℎ 𝑢𝑠𝑡𝑎̨𝑝𝑖𝑒𝑛𝑖𝑒𝑚, 𝑝𝑎𝑐𝑗𝑒𝑛𝑡𝑘𝑎 𝑑𝑜𝑗𝑟𝑧𝑎ł𝑎 𝑧𝑎𝑘ł𝑜́𝑐𝑒𝑛𝑖𝑎 𝑗𝑎𝑘𝑖𝑒 𝑝𝑜𝑗𝑎𝑤𝑖𝑎𝑗𝑎̨ 𝑠𝑖𝑒̨ 𝑤 𝑟𝑒𝑙𝑎𝑐𝑗𝑎𝑐ℎ 𝑧 𝑖𝑛𝑛𝑦𝑚𝑖 𝑙𝑢𝑑𝑧́𝑚𝑖 𝑤 𝑘𝑜𝑛𝑡𝑒𝑘𝑠́𝑐𝑖𝑒 𝑧𝑛𝑖𝑒𝑘𝑠𝑧𝑡𝑎ł𝑐𝑜𝑛𝑒𝑔𝑜 𝑝𝑜𝑠𝑡𝑟𝑧𝑒𝑔𝑎𝑛𝑖𝑎 𝑠𝑖𝑒𝑏𝑖𝑒 𝑖 𝑖𝑛𝑛𝑦𝑐ℎ 𝑜𝑠𝑜́𝑏 𝑤 𝑠𝑤𝑜𝑖𝑚 𝑜𝑡𝑜𝑐𝑧𝑒𝑛𝑖𝑢.

Wysiadłam z autobusu i ruszyłam w ten ciepły, wakacyjny dzień, w stronę starej kamienicy- jak wtedy, kiedy miałam świeżo skończone 26 lat. Wtedy pełna nadziei, dzisiaj, z sentymentalnym ciepłem w sercu. Pragnieniem by jeszcze raz poczuć się jak wtedy, być częścią czegoś stabilnego i bezpiecznego. By znowu wziął mnie ktoś za rękę. Dzisiaj mam inne wyzwania i trudności. Pewnie stąd to pragnienie by ktoś mną pokierował…
Skręciłam w prawo i przed rzeźbionymi drzwiami zobaczyłam rozproszoną grupkę dorosłych osób. Chyba trafiłam na przerwę. Jedni kucali, inni palili w zamyśleniu, jeszcze inni łapali oddech. Nikt ze sobą nie rozmawiał- każdy w swojej głowie, oczy nieobecne. Osoby te wyglądały jakby były w swoich procesach. doskonale ich rozumiałam.

Skoro już byłam tak blisko, to weszłam na klatkę w nadziei, że przypomnę sobie coś więcej. I tak, pamiętam ten widok na trochę zabałaganiony dziedziniec zza okna i te uklepane schody na najwyższe piętro, które niestety było zamknięte domofonem. Na moje szczęście w drzwiach była szyba, przez którą widać było znajomą portiernię i panie pijące kawę. Dużo bym dała by jeszcze raz znaleźć się w tych salach z krzesłami w okrąg, popatrzeć na tablicę z wykresami postępów każdego z pacjentów, albo wbić wzrok w dywan (za co zawsze nas ganiono) i zerknąć na dziennik terapii.

Nostalgia i wdzięczność

Może jeszcze tam kiedyś trafię? Lecz już chyba tylko za lustro weneckie… Ciekawe jak teraz wygląda Pan Tomasz- mój terapeuta. Czy dalej tam pracuje? Miły i ciepły to on nie był. Ale był jak opoka. Pilnował mnie i był. Trochę ostry i małomówny. Niewątpliwie ważny. Ciekawe, że była też Pani Ania, ale jakoś nie pamiętam jej za wiele. Mieliby pewnie na ten temat coś do powiedzenia- pomijam kobiety, nie umiem od nich czerpać. No jest jak jest. Pierwsze miejsce mogło być tylko jedno. A moja grupa? Jej też zawdzięczam nawet więcej. Kluczowe blokady we mnie puściły podczas prac innych osób. Jak oni sobie teraz radzą? Czy pokonali swoje objawy? Czy zrealizowali swoje marzenia? Jak teraz wyglądają, czy ich twarze odetchnęły? Nie wiem nawet jak mieli na nazwisko- to nie było wskazane, by to ujawniać, a facebook jeszcze wtedy tak nie hulał jak dziś. Udało się zachować w kontaktach jedną koleżankę. Mam dla niej ogrom życzliwości.

Cieszę się, że to miejsce dalej działa i mam nadzieję, że jeśli jesteś z Krakowa i wahasz się czy się zdecydować, zachęciłam Cię choć trochę do sięgnięcia po pomoc. Terapia pomaga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Spokój po depresji
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.