Jak wygląda terapia grupowa?

Jednym z kamieni milowych mojego życia była właśnie terapia grupowa. Pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałam od psychiatry, że w moim przypadku byłoby to bardzo korzystne rozwiązanie… Hmm, w moim, czyli w jakim? Po latach zgaduję, że chodziło o moje zaburzenia osobowości. Mówi się, że w kontakcie jeden na jeden nie sposób okazać swojego „pięknego’ charakteru w tak pełnej krasie jak przed grupą, która jest naszym lustrem. Ewentualnie chodziło może panu psychiatrze o intensywność spotkań. To tak, bez dwóch zdań, w indywidualnej bym pewnie do teraz jeszcze mieliła trudne sprawy.
Wtedy hasło grupowa kojarzyło mi się tylko z jednym zdaniem: “Jestem Kowalski i  jestem anonimowym alkoholikiem.” Jak do wszystkiego terapeutycznego w tamtym czasie podeszłam i do tego z nutką ekscytacji. Może znowu byłoby jak na filmie? (Z tymi filmami to ładnie mi się w głowie porobiło, nierealne oczekiwania, wzorce, w ogóle jakiś taki brak kontaktu z rzeczywistością, która przecież filmem nie jest. No chyba, że dramatem, hehe). Ale płynąc już do brzegu, nie wiedziałam o grupówce kompletnie nic, z czym to się je, a do stracenia nie miałam również nic. To było na NFZ, więc wielkie odciążenie dla kieszeni.

Jak zorganizowana jest terapia grupowa

O mojej terapii grupowej mogłabym napisać całą książkę. Pewnie to kiedyś zrobię, ale tutaj chciałabym się skupić na bardzo ogólnym zarysie jak to wszystko działa. Otóż spotkania odbywały się codziennie w dni robocze od 9 do 14:00. I tak przez 3 miesiące. To był tak zwany oddział dzienny- przychodziłam do placówki, odsiedziałam swoje w kółku i wracałam do domu odpocząć. I następnego dnia da-waj, od nowa. Jestem kiepska z matmy, więc nawet nie będę obliczać ile to jest godzin terapii, ale gołym okiem widać, że mnóstwo. Ta intensywność i ilość to zdecydowanie ogromny plus. To znaczy może dla niektórych minus, bo ciężko to z rutyną pogodzić, ale może warto dla swojego zdrowia zawiesić część rutyny na kołku i rozprawić się z demonami raz na zawsze. Dodatkowo równoległe trwała terapia indywidualna. Każdy z nas miał godzinę w tygodniu z jednym z terapeutów. A terapeutów było dwoje. Młoda kobieta, pani Anna i dobiegający pięćdziesiątki pan Tomasz. Chociaż może był i młodszy, ale moje młode oczy widziały w nim już starego gościa.

Porządek obrad

Ta terapia grupowa miała ściśle określony porządek. W naszej grupie w każdym tygodniu wyznaczany był przewodniczący/starosta. Dbał on o porządek pracy, ustalał plan na każdy tydzień. Każda osoba miała mieć zagwarantowane kilka godzin na swoją pracę. Starosta skrupulatnie pilnował tego planu i zarządzał przerwy, spisywał “raport”, a następnie referował najważniejsze zdarzenia raz w tygodniu na tzw. Społeczności. (Jak ktoś nie był na oddziale, to Społeczność to takie wielkie zebranie wszystkich grup i terapeutów). Funkcja ta była rotacyjna. Pamiętam jak ja byłam takim marszałkiem rotacyjnym i spisywałam, że Ania dzisiaj pracuje nad relacjami z kobietami, a Janina nad swoją kobiecością. Codziennie średnio 3 osoby pracowały. Wszystkie sesje były nagrywane, żeby można było je potem na spokojnie odsłuchać. To duży plus, bo nieraz na fotelu u terapeuty żałowałam, że nie mam notesu by zapisać tę ważną myśl, której w gabinecie jeszcze nie zrozumiałam. Jako obsesyjno-kompulsywny charakter korzystałam z tego bardzo chętnie.
Po całym dniu pracy terapeutycznej następował relaks. Jako, że przyglądali się nam studenci zza lustra weneckiego i nie tylko, to wymyślali nam różne medytacje i treningi autogenne. Na koniec tygodnia każdy miał uzupełniać kwestionariusz objawowy i zaznaczać liczbe punktów na swoim wykresie. Wszystkie wykresy były ogólnie widoczne, na takiej gazetce na ścianie. Jak akurat Ci wykres szedł w górę, to miłe uczucie.

Zasady są święte

Jak ktoś się raz spóżnił to miał przewalone. Suszono mu głowe o to niemal godzinę, bo to przecież ma ukryte znaczenie. W ogóle zasady były takie, że za kilka spóźnień się wylatywało z terapii. A za dwie nieobecności podobnie. Przestrzeganie tajemnicy było świętością. Tu nie było taryfy ulgowej. Jedna  dziewczyna jechała raz autobusem i trzymała w ręce kartkę z planem prac na dany dzień: kto i na jaki temat pracuje. Można było wszystko przeczytać stojąc za nią. Jak się o tym dowiedziano niestety nieboraczka straciła miejsce na terapii.

Praca terapeutyczna na grupie

A jak wyglądała sama praca? Najpierw trzeba było się odważyć i opowiedzieć problem ze swojej perspektywy. A potem dostawało się zwrotki, dodatkowe pytania od grupy i od terapeutów. Każdy się dzielił lub nie swoim doświadczeniem, swoim odbiorem. Raczej bez obcyngalania się można było usłyszeć, że ktoś sie nudził, ktoś się wku**ił jak mówiłam, że jestem taka, siaka i owaka. Ale były też krzepiące zdania w stylu “rozumiem cię, bo mam tak samo.” Oczywiście najbardziej człowiek czekał na glos terapeutów. Mówili mało, ale jak już mówili, to nieraz szło człowiekowi w pięty. Albo od innej strony, zdejmowali ciężar z barków. Zwracali uwagę na naszą postawę ciała. Na to, że ktoś nie nawiązuje kontaktu wzrokowego. Często porównywali siebie do matki i ojca. Było to dla mnie dziwne, ale zaufałam, że ma to jakiś sens. W ogóle cała ta terapia była z początku egzotyczna i trzeba było się jakby obeznać w tej konwencji. Po wejściu do grupy dostawało się kilka dni na obserwację sytuacji. Potem należało napisać swój życiorys i go całej grupie przeczytać.

Klapki na oczach

W głowie zostały mi dwie opinie po rytuale czytania życiorysu. Że przeczytałam to wszystko beznamiętnie w stosunku do treści, które były jak uznała grupa „bolesne.” Hmm, ale że jak? Moje życie- bolesne?
A druga sprawa, to moje przeświadczenie, że przecież miałam szczęśliwe dzieciństwo, nawet bardzo. Temat rozwodu moich rodziców stał sobie spokojnie w tym życiorysie niczym ogromny różowy słoń, którego nikt nie dostrzega. W sensie ja nie dostrzegałam. Zadziwiające, że przerobiłam ten rozwód nawet na zaletę. Miałam swój pokój po tacie, byłam pod tym względem (bycia z rozbitej rodziny) wyjątkowa wśród reszty znajomych, rodzice rozwiedli się w cywilizowany sposób. Normalnie miód malina. Oczywiście nikt tego nie kupił, co mnie z początku mocno zezłościło….

Kogo można spotkać na terapii grupowej

Co to były za osoby w tym kółku? To była grupa dla osób z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Rozstrzał wiekowy od 19latki do pięćdziesiątki. Co tydzień dwa było jakieś pożegnanie i ktoś nowy rozpoczynał grupę. Mężczyźni, kobiety, ale głównie jednak żeński pierwiastek. Nikt z nas nie znał swoich nazwisk. Początkowo sądziłam, że nie mam za wiele wspólnego z większością i raczej pochodziliśmy wszyscy z różnych środowisk. Biedni i bogaci, wykształceni i nie, młodzi i starzy, religijni i ateistyczni- cały przekrój. Ale staliśmy się sobie bardzo bliscy. I o dziwo mieliśmy podobne problemy i rozterki. Dlatego jeśli nawet dla mnie były przeznaczone 3 godziny na tydzień, to mogłam przecież korzystać na pracach innych osób.
I tak to szło. Człowiek wracał zmięty jak kapeć po takiej terapii. Nie zliczę ile razy bolała mnie wtedy głowa. Jak mocne emocje przeżywałam kiedy łzy wylewały się ze mnie strumieniami.

Która terapia lepsza: indywidualna czy grupowa

Cóż. Grupowa mnie naprawdę widocznie podniosła. Dała mi dużo wsparcia. Ale przecież to nie byłoby to samo bez indywidualnej, kiedy to masz terapeutę tylko i wyłącznie dla siebie. I prywatność jest cała twoja. Jeśli miałabym doradzać, to obie idealnie się uzupełniają i idźcie na obie!!

 Jeśli podoba Ci się to, co piszę, zajrzyj też na mój facebookowy profil i zaobserwuj by być na bieżąco. To pomaga mi w dotarciu do innych osób i wzmacnia moją motywację 🙂  


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Spokój po depresji
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.