O kobiecości w Dzień Kobiet

No, jest dzień kobiet. W taki dzień jak ten zastanawiam się czemu nie jestem już tak kobieca. Moje święto, lecz ja nie czuję się tak w pełni kobietą… Może dlatego, że całe życie choruję na porównywanie się i źle w tych konkurencjach wypadam. Już ja wiem jak ustawić porównanie, bym wyszła na tym źle. Może dlatego, że jestem zmęczona, bo mam małe dziecko i moja kobiecość jest obecnie daleko na liście priorytetów. Głupia sprawa, jestem matką- czyli jakby to samo przez się łączy się z kobiecością, ale jednak ta rola mnie pochłonęła i po kobiecości zostały tylko długie włosy. W momencie jak obetnę się na krótko, “bo tak jest wygodniej,” to już chyba będzie pogrzeb mojej wewnętrznej kobiety.

Żeńska energia

A co to w ogóle znaczy, żeby czuć się kobietą? Czyli jak? Dla mnie kobieta jest kobieca. Piękna, zadbana, w spódnicy. Podkreślająca swoje kobiece atuty. Dumnie je eksponująca. To z wyglądu. A w obyciu? Ciepła, troskliwa, delikatna, mądra, zadziorna, emocjonalna. SILNA i otwarta na mężczyzn (wybaczcie, ale dbanie o to, by nikogo nie urazić i wszędzie zachowywać się poprawnie politycznie wymaże autentyczność z tego tekstu). No i wiem, że na świecie jest mnóstwo kobiet, które nie wpisują się w ten schemat i jest teraz ogromny ruch by pozwolić temu być. Jedna od drugiej nie gorsza, wszystkie jesteśmy różne. Ale dla mnie taka jest właśnie kwintesencja. Ja jestem tu dla siebie i czuć się taką kobietą jest dla mnie ważne. Więc jeśli nie dosięgam do tego ideału, to czuję jakiś brak.

Podstępna kobiecość

Moja mama zawsze miała ułożoną fryzurę i ładny makijaż. Koleżanki mi często mówiły, że ładnie wygląda. No i fakt, mama zawsze powtarzała, żebym pamiętała o szmince, bo mnie to zawsze ożywi. Ale jest też coś innego. Słyszało się teksty typu, “zobacz, ona taka zaniedbana, a ma faceta.” No i podświadomie uczysz się, że na nic twoje szminki. Kolejne: “Kobiety są złe. Fałszywe. Uważaj na przyjaciółki.” Taki przekaz był mi wpajany przez lata. No to na logikę, ja też chyba. W związku z tym moi terapeuci uznali, że dobrze byłoby popracować nad moimi relacjami z kobietami. Nie umiem czerpać od kobiet. Nie umiem im zaufać. Jeśli chodzi o inne kobiety, to ja umiem z nimi tylko rywalizować. A rywalizacja jest też formą agresji. Powiem wam, że wtedy jak to słyszałam, myślałam “O czym oni gadają? W ogóle kto ma z tym problem? Bo chyba nie ja. Na co mi to.” Tak sobie funkcjonowałam w wyparciu.  No i fakt, doznałam dużo krzywdy od życzliwych koleżanek jak mi przepowiedziano. Dużo oceny od wrednych nauczycielek. Byłam zdradzona, okradziona. Ale przez wtłoczoną złość na kobiety nawet nie potrafiłam dostrzec, że poza tym wszystkim dostałam też sporo dobrego. No i zakładałam pancerz pod tytułem “nie zbliżaj się.”

Terapia z odsieczą

Jaki miałam wzorzec kobiety? Czy mogę powiedzieć, że chciałabym być jak moja mama? Jak moja babcia jedna i druga? Siostra, ciocia, prababcie. Odpowiedź brzmiała zawsze ‘nie’.

Ze smutkiem stwierdzam, że z mojej perspektywy miałam antywzorzec. Kobiety w mojej rodzinie miały źle i dlatego ja dla siebie chciałam czegoś innego.  Marzę o tym, by moja córka dostała wzorzec kobiecości, z którego może czerpać, który ją wzmacnia. Ja jednak nawet nie wyobrażam sobie jak to jest mieć taki wzorzec. ALE żeby tak pesymistycznie nie zawodzić, po latach terapii nauczyłam się dostrzegać dary, które dostałam od kobiet w mojej rodzinie. Pojedyncze cechy, za które jestem wdzięczna. Trochę urody od tej, zaradności od tej, humoru od tamtej i wyszłam całkiem fajna ja 🙂 No i żeby nie było, kocham moją mamę ogromnie i jestem jej za wiele wdzięczna, ale kształtowanie innej jakości, kobiecości, jest w moich już tylko rękach.

Terapeuci to nie alfy i omegi

Kiedyś na terapii usłyszałam od terapeutki, że nie jestem kobieca. A od grupy, że nie ma we mnie ciepła i dlatego też pewnie nie mogę zajść w ciążę. Czy się mylili, czy to ja coś przepracowałam. Już nie ważne kto miał rację. W ciążę zaszłam i teraz mam wątpliwości o kobiecości. Czyli misz-masz, jak w życiu.
Najśmieszniejsze, że wtedy na terapii moją kobiecość oceniono na podstawie ubioru. Miałam na sobie czerwoną obcisłą spódnicę i czarny top bez rękawów. Hmm, jak dla mnie dość kobieco… Ale to przecież „nie to samo jak kiedyś przyszłam w sukience z bufkami w drobne kwiatuszki.”- wytknęła terapeutka. Luuudzie. Na serio? Takie teksty o podważaniu kobiecości zapadają w człowieka, dotykają wrażliwego środka, może trochę odpowiedzialności terapeuci. Więc jakbym przyszła ubrana niczym Zosia z Pana Tadeusza to może wtedy przyznano by mi prawo do kobiecości. Zaiste, terapeuci to nie alfy i omegi. Zezłościło mnie to i nie wiem czemu miało służyć. Może zamiast szukać dowodów na to jaka jestem niekobieca, spróbować poszukać odwrotnie.

Uwagi końcowe

Na ten moment myślę, że sprawa jest złożona. Do czego prowadzą te rozważania? Do początku, że nie czuję się w pełni kobieca. Chciałabym się podrasować trochę, zarażać ciepłem, dbać o domowe ognisko. Ale nie mam chyba na to przestrzeni. Robię, co mogę w obecnych warunkach. Z drugiej strony wciąż się sobie podobam. Może nie zostałabym dziś królową balu, ale patrząc w lustro na twarz bez makijażu wciąż to mam jak mawiają Amerykanie. Zdjęcia z wakacji przedstawiają w dalszym ciągu fajną babkę. Więc może to nie do końca kwestia zrobionych rzęs, pazurków i zwiewnych kiecek, a poczucia się kobietą, tak naprawdę.
Kochane kobiety, świętujmy dzisiaj swoją kobiecość. Zachwyćmy się się nią.

Jeśli podoba Ci się to, co piszę, zajrzyj też na mój facebookowy profil i zaobserwuj by być na bieżąco. To pomaga mi w dotarciu do innych osób i wzmacnia moją motywację 🙂



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Spokój po depresji
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.