
Pierwszy tydzień szkoły za nami. Jak Wam minął? Jesteście cali czy w kawałkach? 😉
Już końcem sierpnia chodziłam jakaś poddygotana, bo pogoda nastrajała chłodno i ponuro. Lato się kończy, zaraz wjadą warstwy ubrań, znacie to. W powietrzu unosi się dziwny wrześniowy klimat pod tytułem „koniec bimbania”, a mi się dalej nic nie chce. Ja się zapieram rękami i nogami. Nieee. Nie. Nie idę do „szkoły.” Mogę co najwyżej przenieść się pod kocyk, ale nie chce mi się robić pożytecznych rzeczy. Tych koniecznych też nie. Całe życie myślałam o sobie, że jestem leniwa i teraz już przynajmniej nie muszę się z tym kryć. No jestem i co mi pan zrobi?
Kupię sobie planner
Uległam wrześniowemu klimatowi. Do tego stopnia, że wydałam małą fortunę na nowe zeszyty, kalendarze i plannery. Mam ich już całą kolekcję. Zdradzę Wam, że jak kupuję taki kalendarz, to chyba odpala mi się układ nagrody. się wydziela i przez te 15 minut po zakupie mam przyjemny high, że od teraz zaplanuję wszystko w moich kalendarzach, będę tworzyć listy zadań, odhaczać co zrobiłam. Normalnie jakby to odhaczanie było tożsame z wykonaniem całego tego badziewia. No i mam stertę zeszytów z inspirującymi obrazkami i cytatami, które symbolizują świeży start. Ech, szaleństwo.
Jak mi minął pierwszy tydzień września? Nieźle. Jedna nieprzespana noc, jeden zalew depresyjnego odrętwienia, trochę ściśniętego żołądka- normalne życie. Z plusów to córka rozpoczęła przedszkole i bardzo dobrze się w nim odnajduje. Dla niej początek września jest ekscytujący. A mnie miło się to ogląda.
Na spokojnie
A ja? Zaczęłam powoli, pomalutku coś tam robić. W swoim tempie. Każdy ma swoje przystanki w końcu… Odganiam demony perfekcjonizmu, szatańskie porównywanie się i robię sobie na spokojnie na ćwierć gwizdka. Ja chyba się urodziłam, by żyć powoli. Pomalutku. Wyprzedzą mnie. I to też ok. Bycie najlepszą mam już przepracowane. Nie muszę wcale taka być. Z ciepłymi pozdrowieniami.
