Czas Sylwestra i Nowy Rok to było zawsze dla mnie nie lada wyzwanie. Kiedy byłam nastolatką, a później młodą dorosłą, do momentu kiedy nie dostałam jakiegoś zaproszenia, żyłam w napięciu i lęku, że zostaną na ten dzień sama. Zaproszenie magicznie nadawało mi wartość, której na co dzień nie czułam w sobie. Presja bycia gdzieś w ten wieczór była ogromna. W przeciwnym wypadku oznaczałoby to, że nikt mnie nie lubi. Kilka razy w życiu z tym musiałam się mierzyć i uwierzcie mi, to okropne uczucie. Kolejna presja to wytrwać w towarzystwie. Tylko alkohol mógł mi to zapewnić.
Z nią się nie bawię
Bez alkoholu lęk społeczny by mnie powalił. Widziałam osoby, które świadomie decydowały się przyjść i nic nie pić. Nie mieściło mi się to w głowie. A jednocześnie bardzo tym osobom zazdrościłam. Że dają radę. Że są zdrowe. Ja tak widziałam zdrowie. No i ja po drugiej stronie, która szybko musiała zredukować napięcie i się znieczulić. To świadczy o tym, że siebie nie lubiłam. Moje zachowanie mówiło do przestraszonej mnie: „Z nią się nie bawię!”
Patrzę teraz z perspektywy lat na te moje rozterki sylwestrowe i widzę jakie to smutne. Że ta młoda fajna dziewczyna tak męczy się sama ze sobą. Tak ucieka przed samą sobą. Chciałabym ją teraz mocno utulić.
Dzięki Bogu za wdzięczność
Dziś spędzam Sylwestra w domu. Już drugi rok z rzędu. W lodówce chłodzi się Piccolo. Od 3 lat nie piję alkoholu, a kilka imprezek zaliczyłam. I nawet się dobrze bawiłam, tańczyłam, rozmawiałam. Co się zmieniło? Chyba nie będę oryginalna i powiem, że mądrość przychodzi z czasem. Priorytety się zmieniają. Mogę dziś tulić moją rodzinę w ramionach i czuć wdzięczność za to, co razem tworzymy. Zjemy pizzę, wypijemy szampana, ładnie się ubierzemy i o północy będziemy oglądać fajerwerki. Obejrzymy kilka filmów i pożegnamy ten miniony rok, który wcale łatwy nie był. Szczególnie końcówka mnie sponiewierała. Parę nowych problemów na talerzu. Ale nie dam się wciągnąć w czarnowidztwo moich ostatnich złych doświadczeń. Rok, to nie grudzień. Ale te 11 miesięcy sprzed kiedy to obserwowałam swoje dziecko jak się ekspresowo rozwija, zaliczałam po kolei ważne egzaminy i przełamywałam lęki. W końcu zaczęłam jeździć autem. Zaczęłam nareszcie realizować się kreatywnie. Mój blog ma już ponad 700 obserwujących po 4 miesiącach.
1 stycznia. O ja ……..!
Jutro 1 stycznia. Gdybym miała wskazać dzień, kiedy zaliczam największego doła w historii, to byłby to właśnie 1 stycznia. Wtedy świat staje w miejscu a ja nagle też zastygam i zamiast cieszyć się na nowe, przeżywam ten dzień pesymistycznie. Wszystko jest bez sensu. Do tego zwykle dochodził kac gigant.
Czy jutro też tak będzie? Możliwe. Ale nie jest to już dla mnie takie straszne. Będzie kolejna wymówka, żeby poprawić sobie humor i dogodzić 😉 Z doświadczenia wiem, że 2 stycznia już ma lepszą aurę.
Postanowienie noworoczne
Co sobie postanawiam? Że będę dalej nad sobą pracować. Afirmować, myśleć pozytywnie, akceptować lęki i trudności, uczyć się luzu. Zauważyłam, że w sierpniu, kiedy na maksa wkręciłam się w regularną pracę nad sobą, miałam wystrzał energii, pomysłów i co tu dużo mówić, szczęścia, siły. W listopadzie zarzuciłam większość praktyk i wylądowałam w umysłowym rynsztoku. Dlatego teraz, mówię do siebie: 'Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. Wszystko się ułoży. Spokojnie.” I tego życzę wszystkim Wam. Serdeczności Kochani <3
