
Jak tam u Was te święta? Zmęczeni czy wypoczęci? Zaryzykuję stwierdzenie, że ci, co wybrali spędzanie świąt w szerszym gronie rodzinnym mogą się czuć jak po maratonie, albo jak po przejechaniu czołgiem, albo choć po czołganiu się. Ja się tak trochę czuję. Nie jest to jedyne uczucie, które mi towarzyszy, ale człowieku, mam refleksję, że te święta to jednak kupa stresu!
I tak, wiem, należy skupiać się na wdzięcznościach, darach i tak dalej, ale ja dziś wybieram spuszczenie powietrza, bo inaczej wybuchnę i zaplamię teściowej ściany.
Co tak mało? Zjedz jeszcze
To co takiego strasznego się działo u mnie na świętach? Strasznego nic. Zebraliśmy się w gronie rodzinnym, średniej wielkości, 3 pokolenia. Zjedliśmy, pogadaliśmy, obdarowaliśmy się prezentami. Pograliśmy w gry. Dodatkowo przyjechaliśmy na gotowe. Ominął nas szał sprzątania, gotowania. Takie trochę darmozjady- nazywajmy rzeczy po imieniu. Tym bardziej wyjdę zaraz na niewdzięcznicę. Na swoją obronę powiem, że gospodyni ma swoją wizję jak wszystko powinno wyglądać i nie przyjmuje pomocy. Ma prawo. Mi pozostaje się dostosować albo patrzeć jak wszystko, co zrobię jest poprawiane.
No ale wracając do tematu, święta jak święta, nikt nie ucierpiał, starsze pokolenie chce dobrze. O to to. I tu zaczyna powiewać czerwona flaga. Jest takie powiedzenie, że dobrymi intencjami jest piekło wymurowane.
Tak bardzo chce dobrze, że myśli, że wie najlepiej, co i kto chce. Co robić, co zjeść, ile zjeść, jak się ubrać, gdzie spać, jak spać, jak się myć, co dać dziecku, w jaki sposób itd. No więc ile razy można odpowiedzieć: „nie, dziękuję.” Ile razy można puścić coś mimo uszu. No ja wiem ile razy, bo przebrałam tą miarkę i swoje zdrowe granice zaczynam już komunikować niczym pies, któremu chce się zabrać kość. Na szczęście trochę działa i druga strona mniej nalega już z wciskaniem jedzenia chociażby, ale czy to warczenie wpływa dobrze na nasze relacje? Wątpię. Ja płacę za to poczuciem winy. Gospodyni płaci chyba lękiem przede mną. Tak przypuszczam. No i te emocjonalne niuanse, te slalomy by nikogo nie urazić, by nie przesadzić, kiedy pod spodem lawa bulgocze kosztują dużo energii. Kiedy syczysz przez zęby „nie, dziękuję” po raz piaty tego dnia… Zasypiam więc z bólem głowy, co na co dzień jest mi obce. To tłumiona złość, która jakoś musi się wydostać, więc głowa będzie boleć.
Każdemu nie dogodzisz
Co jeszcze w nieoczywisty sposób męczy? Ano chociażby mieszanina różnych charakterów i pokoleń na małej (nie mojej, co dodatkowo napina atmosferę) powierzchni kwadratowej. Brak prywatności zawsze przeszkadza i nie ma co się czarować, że nie. Nie jestem u siebie, więc muszę się dostosować do czyichś zasad. Czekam w kolejce do łazienki, czekam aż cały dom pójdzie spać, oglądam tandetne przeróbki kolęd, nie oglądam tego, co bym chciała. No chyba, że chcę mieć akompaniament narzekania jakie to głupie, nieciekawe i nudne, to mogę zaryzykować. Na moje nieszczęście amatorów świątecznych filmów w tej rodzinie jak na lekarstwo. Nie jestem już dzieckiem i nie lubię jak się mi mówi, co mam robić, ale się dostosowuję. Może coś być dla mnie głupie, bez sensu, nudne, nieciekawe, ale nie odezwę się, bo przecież nie jestem u siebie. To kolejny element kneblowania sobie ust, który odbiera mi w święta energię. Żeby nie było, nie będę się rządzić w czyimś domu, totalnie to rozumiem i czyjąś wizję spędzania świąt, ale to zrozumienie w niczym mi nie pomaga radzić sobie z różnymi uczuciami, które się pojawiają. A pewnie się ze mną zgodzicie, że starsze pokolenie jest trochę mniej wyluzowane. Dostrzega zagrożenia na każdym kroku. Nie rób tego, bo.. Uważaj na to, bo … Nie zostawiaj tego, bo… Jakby na każdym kroku czaiło się niebezpieczeństwo, ktoś chciałby się włamać, okraść nas z cennego 'majątku”, tu potknięcie, tu wybuch, tu przeciąg, tu piorun kulisty. Młodsze, zagniewane pokolenie z kolei czuje przymus komentowania i oceniania wszystkiego na swój typowy fanatyczny sposób. Prowokacja goni prowokację. Ci chcą tego, tamci tamtego, a ja jeszcze coś innego.
Wigilia introwertyka. W gnieździe ekstrawertyków.
Kiedy jesteś intro bycie wśród ludzi nie jest już takie tylko ekstra. Pierwszy przystanek, opłatek. Niektórzy śnią opłatkowy koszmar, ja po prostu się na ten moment wyłączam i jadę trybem po najniższej linii oporu. „Wszystkiego najlepszego” i do przodu. Zauważyłam, że młodzież też leci tą taktyką. Najchętniej bym w ogóle zlikwidowała ten niezręczny moment. Czy są w ogóle ludzie, którzy lubią tę tradycję?
Gdy jesteś introwertykiem trzeba szanować własną wydolność i nie dać siebie przekraczać. Jakoś o to zadbać by się nie wyprztykać z całej energii na wstępie. I nie to, że inni to robią jakoś specjalnie. Niczyja to wina, że jedni mają kompozycję samotnika, barykadują się w swoim wnętrzu, a drudzy opowiadają dziesiątą z rzędu historię o wszystkim co już dzisiaj zrobili. Cała ta gadająca energia, od której nie sposób uciec jest czymś, co wyczerpuje (mnie). A jak masz szczęście być w tyglu z temperamentem niczym włoska rodzina, to pass out murowany. I niby jestem już dorosła i nie czuję przymusu by kogoś udawać, ale jednak czuję 😉 Mam jakiś przymus by nie wyjść na mruka, bo siedzenie cicho nie jest uprzejme.
Niewygodne pytania
Ach te słynne pytania, żeby nie powiedzieć oskarżenia. Czemu jeszcze nie ochrzczone? Kiedy sobie kogoś znajdziesz? Czy twoja córka nie jest opóźniona? Jak tam szukanie pracy? Nic nie potrafisz zrobić. Nie można na ciebie liczyć…. Nom. Nie wiem co kieruje ludźmi, że organizują festiwal pretensji i sto niezręcznych pytań do. Smutne jest to, że mam wrażenie, że wypominanie i docinki nabierają dodatkowo na sile kiedy jest widownia. Ja to tylko się cieszę, że tak dużo się teraz uświadamia jak te denne pytania potrafią ranić. Lecz kiedy sam jesteś poraniony i uważasz, że ci się należy to, żeby zawstydzać, pluć jadem, oceniać, to na tym poziomie się nie dogadamy. Jeśli mam siłę, to będę ci współczuć. Ale czasem po prostu nie mam ochoty. Szkoda mojej energii. Tyle tylko, że nie zwracanie uwagi także kosztuje energię.
Jak przetrwać święta?
Narzekam, narzekam, to po co tu przyjechałam? Przyjechałam, bo chciałam być wśród bliskich. Bo nie wiadomo, kiedy odejdą. Przyjechałam, ponieważ nie jestem w tej rodzinie sama. Moja córka ma prawo mieć doświadczenie rodzinnych świąt. Mój partner chce odwiedzać dom rodzinny. Pływa tu jak ryba w wodzie. To jego krew, on kracze jak te wrony i opanował do perfekcji umiejętność zlewania. Ja nie jestem jeszcze aż tak elastyczna, aż tak cierpliwa, aż tak wyszczekana, by wyrażać zawsze swoje zdanie, by funkcjonować na takim wysokim prądzie.
Jak więc mogę o siebie zadbać? Na przyszłość widzę, że pobyt trzeba skrócić. Kiedy się da, schować się. Ochronić się przed zamieszaniem. Starać się szukać tego, co nas łączy. I nie tłumić. Pomaga też to, że nie spędzam dwa razy z rzędu świąt u jednej rodziny. Nerwówa nerwówie nierówna. W przyszłym roku będę robić dobrą minę do złej gry i odganiać bolesne wspomnienia, ponieważ zawitamy w moich domach rodzinnych. Ale to już inna historia.
Jeśli podoba Ci się to, co piszę, zajrzyj też na mój facebookowy profil i zaobserwuj by być na bieżąco. To pomaga mi w dotarciu do innych osób i wzmacnia moją motywację 🙂
