
Wróciłam z wakacji. Było cudownie. Dużo wolnego czasu, słońca i szumu morza. Piękne widoki, pyszne jedzenie i uśmiechnięci ludzie. I moi bliscy. Jak zwykle będąc na urlopie pochłaniały mnie fantazje o tym jak zatrzymać ten czas. Jakby to było rzucić Polskę i wyjechać do Grecji. Nie czuć już nigdy ścisku lęku w brzuchu, tylko niespiesznie karmić zmysły tym, co mnie tak koi. Nie martwić się już o nic.
Ech. Na każdych wakacjach ulegam takim fantazjom. Czy możliwe jest to, za czym tak tęsknię? Chyba nie do końca. Przecież nawet do Grecji zawlokłabym swój unikalny talent unieszczęśliwiania się… Mam nadzieję, że kiedyś wypróbuję trawę po drugiej stronie płotu i podzielę się tym, czy jest zieleńsza. Tymczasem mogłam być w energii kojącej lub w tej tęskniącej- że zaraz się skończy, że trzeba wracać, że w domu stres itd.
Jak nauczyć się pogody ducha
Ale to, o czym chce napisać, to właśnie wysiłek włożony w to, by się ucieszyć, odpocząć, odpuścić. By wybrać te energię kojącą. Jak ktoś ma fabrycznie chip depresji, to ten wysiłek musi, po prostu ale MUSI wytrwale podejmować. Musi się nauczyć pogody ducha, pogodzenia się, że jest jak jest i tak jest dobrze.
Na tych wakacjach poznałam jedną rodzinę. Mama, tata i 11-letnia Ania. Ania ma zespół Downa. Obserwując jak spędzają wspólnie czas, co mówią i ile się śmieją, zrobiło mi się między innymi głupio. Dziewczynki tato był ciągle w pobliżu, i ciągle uśmiechnięty. Żartował ilekroć się go o coś zapytało, zagadało. No pogoda ducha w czystej postaci. Mama Ani grała pierwsze skrzypce w rodzinie- wszystko organizowała, pamiętała, dbała. Sypała pomysłami jak z rękawa by młoda doświadczała wakacji. Wymyślała zabawy, zajęcia, pływała z nią, opowiadała niestworzone historie. Na twarzy Ani malowała się radość i szczęście. A ja przy jej mamie czułam się jak na kabarecie- tak fajnie potrafiła ubrać rzeczywistość w żarty i się z siebie śmiać. Moja córka ją tak polubiła, że nawet mówiła do niej mama. Przy nich było fajnie, lżej.
U nich nie było miejsca na zdziwianie, narzekanie i jakieś filozoficzne bzdety. Wyobraziłam sobie, że jak ktoś ma dziecko z niepełnosprawnością, to po prostu nie ma innej opcji jak stąpać twardo po ziemi. Nie odlatuje w głąb umysłu analizując i porównując, zastanawiając się co by było gdyby. Nie wyprztykuje się bez sensu z cennej energii. Jest tu i teraz, ze swoim dzieckiem i to jest najważniejsze. Jeśli tu i teraz jest się czym cieszyć, to będziemy to robić.
Kiedy kilka razy z przyzwyczajenia rzuciłam jakieś narzekanie na warunki hotelowe czy na to, że wakacje zbyt krótko trwają, czy jeszcze coś innego, spotkałam się z totalnym chyba niezrozumieniem. Druga strona nie poczuła się zaproszona do tego klimatu. Nie podchwyciła, że „no tak, szkoda, że już wkrótce do pracy. Czy, no tak, te warunki to tragedia, jak nas tak mogli potraktować w biurze podróży.” Nie, popatrzyli na mnie i jakby to nie ich rzeczywistość. Nie ciągnęli tematu. Zajęli się zabawą w basenie. A mnie się zrobiło wtedy głupio. Po co ja tak gadam? Co mi to daje? Ja rozumiem się zezłościć i sobie ponarzekać, ale jeśli to jest skłonność i nawyk, to przecież zatruwam sobie życie.
I dzięki tej rodzinie czegoś się znowu nauczyłam. To była znowu lekcja wdzięczności, która zwycięża depresję i wszelkie pułapki umysłu , które niszczą to, co w tej chwilę piękne i wartościowe. Do mnie należy wybór, którego wilka karmie. Czy jestem ślepa czy dostrzegam. Bo do szczęścia się trzeba trochę wysilić.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich walczących ze swoim mrokiem.
